|
Na budowie w Wielkiej Brytanii każdy ma jakiś tytuł – adekwatny do wykonywanego zajęcia. Będzie tu, więc prócz stolarza, malarza czy tynkarza cały szereg pomocników: elektryka, hydraulika itd. To nazewnictwo charakteryzuje się, więc dość dużym rozdrobnieniem. Dlaczego się tak dzieje? Dlatego, że dużo jest fachów, a pomocnicy przyporządkowani są do każdego z nich.
W Polsce sytuacja jest zgoła inna; jeżeli ktoś zna się na wielu rzeczach – nieraz nie będzie potrzebował pomocnika. Sam pomocnik też będzie bardziej wyspecjalizowany.
Należałoby spytać o przyczynę zjawiska. Tu odpowiedzi są proste. Chodzi przede wszystkim o mentalność i okoliczności. W naszym rodzinnym kraju przeciętny zjadacz chleba wzywa fachowców do domu dość rzadko. Z przyczyn ekonomicznych woli sam dokonać bieżących napraw. Co innego w Wielkiej Brytanii fachowcy są wzywani, bo po prostu więcej ludzi na to stać. Tu znajomość domowych napraw i technik nie jest jednym z wyznaczników męskości – w Polsce zdaje się być.
Oba zjawiska mają różne strony. W wypadku Polskiej gospodarności następuje obniżenie kosztów, a więc i wydatków gospodarstwa domowego. Kij ma jednak dwa końce. Brytyjczyk korzystający z usług fachmanów podwyższa ich dochód, płaci podatek i napędza koniunkturę. Państwo dostaje podatek, spec – honorarium, klient – zamówioną usługę. Korzyści są wymierne dla wszystkich.
Ten element nie będzie występował w wariancie polskim. Przy naprawie własnym sumptem nie wzrasta popyt na usługę firmy (może się pojawić wtórnie, gdy okaże się, że domorosły naprawiacz nie poradził sobie z zadaniem i musi wezwać specjalistę). Pieniądze nie zostają wydane, nie ma, więc i podatku, i zysku. Cóż począć jednak, gdy pieniędzy brak...
Węższej specjalizacji w Brytyjskim systemie budowlanym towarzyszy też sztywniejszy podział ról. Po prostu każdy robi swoje. Nieraz dochodzi do paradoksalnych sytuacji, gdy np. przeszkadzające materiały musi przenieść labourer pracujący w danym momencie gdzie indziej, chociaż sam fachowiec zrobiłby to szybciej. Nie da rady! Każdy ma robić swoje.
Jak już wspomniałem to nasze nastawienie nauczyło nas wiele, a korzyści są wymierne. Polacy dzięki temu zyskują w oczach gospodarzy, toteż zasada majsterklepki ma swoją dobrą stronę.
Ze swej strony nie ukrywam jednak, że jeśli miałbym stracić pół dnia, stręcząc nad robotą, o której nie mam bladego pojęcia – wolałbym zapłacić. Niech przyjdzie spec, niech sobie chłopak zarobi. Świętego spokoju nie kupi żaden szmal.
Artur Wielgus
|