|
Kiedy powstała w firmie sekcja budowlana?
Około siemiu lat temu. Powstała ona w Londynie, a nie w Polsce.
Skąd wzięła się nazwa firmy?
W roku 1998, a więc wtedy, gdy firma powstała, naszemu szefowi, panu Witkowskiemu urodziła sie córka. Ot i cała etymologia. Jeśli chodzi o drugi człon nazwy Int, to często jest on błędnie tłumaczony – Int, to skrót od international, a nie interior, jak nieraz zdarza się to interpretować naszym brytyjskim kontrahentom.
Jaki jest profil tej gałęzi budowlanej?
Remont domów prywatnych. My nie działamy w sektorze komercyjnym. Wykonujemy remont od podstaw lub rozbudowę. Obecnie staramy się odchodzić od mniejszych zleceń, bo firma się rozrasta i trzeba stawiać na większke projekty. Jest je po prostu łatwiej obsłużyć. Naszym najnowszym ,,dzieckiem’’ jest stolarnia. Ta inwestycja przeznaczona jest na nasze własne potrzeby. Motywy są proste – ekonomia. Inwestycja pewnie będzie się zwracać przez parę lat, ale myślę, że warto. Mamy w tej materii kilka wariantów, bo na gruncie stolarni chcemy wyjść z propozycja do polskich budowlańców, a w dalszym planie rozszerzyć działalność na rynek brytyjski. Są możliwości, bo przecież branża budowlana to jedna z wielu, a my mamy jeszcze media: tygodnik i radio.
Ile osób zatrudnia firma i jak wygląda jej skład narodowościowy?
W zależności od robót i np. pory roku zatrudniamy 60-70 osób. W 95 procentach skład to Polacy, zdarzają się Ukraińcy i Słowacy, a nawet pracownicy anglojęzyczni.
Jak ocenia pan współczesny, brytyjski rynek budowlany?
Zawężę moją ocenę do Londynu, gdyż tu firma operuje. Różnica przede wszystkim tkwi w cenach. Rozmawiałem nieraz z kontraktorami i większość z nich stwierdza, że 50% usług, czy towarów sprzedawanych jest w Londynie. Powód – pieniądze. Z perspektywy czasu widzę, że teraz jest większa konkurencja. Po roku 2004 przybyło w Wielkiej Brytanii Polaków. Większość z nich znalazło zatrudnienie w budownictwie. Osoby te nabywały doświadczenia – my, Polacy uczymy sie szybko – by potem otworzyć własne firmy budowlane. Czy jest teraz lepiej? Cóż… biorąc pod uwagę mniejsze firmy jest na pewno ciężej, bo ceny na usługi spadły lub zatrzymały się. Jeżeli natomiast wziąć pod uwage większe projekty, takie powyżej stu tysięcy funtów, to moim zdaniem zmieniło się niewiele. Nasze prace wymagają innego podejścia i doświadczenia, toteż w tej materii nie zanotowałem większych zmian.
Jak wyglada sprawa przetargów?
Różnie, nie ma reguły. Bywało tak, że według naszych wyliczeń; dajmy na to z pięciu firm, cenowo staliśmy na drugim miejscu, a przetarg wygrywała firma z trzecią pozycja. Motywacja zleceniodawcy przekłada się, rzecz jasna na cenę, ale i znajomość wykonawcy. My mogliśmy mieć np. ustaloną reputację, ale byliśmy drożsi.
Działając na rynku londyńskim od paru lat zachodziliście, – co zrozumiałe – w interakcje z Brytyjczykami. Jak te kontakty wyglądały?
Tu znów relatywizm. Klienci, z którymi wsółpracowaliśmy wcześniej i są zaangażowani – nie mają obiekcji. Wręcz przeciwnie – wyrażają się pochlebnie, co do jakości usług i zarządzania. Natomiast osoby trzecie, czyli wykonawcy brytyjscy czasami chwalą to, co robimy, a ganią to, czego nie robimy. Jednakże chciałbym zauważyć, że krytykować kogoś jest bardzo łatwo i my ze swojej strony nigdy tego nie robimy. Nie wytykamy braków i takie sytuacje zostawiamy raczej bez odzewu, by niepotrzebnie nie wszczynać konfliktów.
Ma pan receptę na sukces?
Jest ich wiele, a miara sukcesu zależy od użytej recepty. Podstawa, to cierpliwość, wytrwałość i nie zniechęcanie się. Potem, jakość produktu, bo bez tego nie da się go sprzedać. Niezmiernie ważne są też poszanowanie ludzi i praca w zespole. Szef kreuje grupę i nią zarządza, a to przy umiejętnych zabiegach rozszerza spektrum usług.
|